środa, 15 maja 2019

Poza siatkówką: Majówka 2019 - Pieniny

Od małego uwielbiam morze. Szum wody mnie uspokaja. Przez niemal 5 lat studiów w Trójmieście często korzystałam z pobliskich plaż i deptaków. Odwiedzałam morze o różnych porach dnia i roku. Bywałam tam w przeróżnych warunkach pogodowych. Sama. Z przyjaciółmi. Z rodziną. Z chłopakiem. Z dalszymi znajomymi. I wiecie co? Zawsze było cudownie. Zawsze. 

Jednak uwielbienie morza i wody nie przeszkadza mi w równoczesnym uwielbianiu gór, wzniesień, pagórków. Zachwycam się ich widokiem ilekroć przemieszczam się bardziej na południe Polski, a moje płaskie, nizinne tereny przemijają. Chyba nie muszę dodawać, że ostatnią majówkę spędzoną w Pieninach byłam zachwycona? Było cudownie. 😍

Wszystko rozpoczęło się w środę. Wyjechaliśmy z Krakowa, a naszym celem były okolice Ochotnicy Górnej. 7 osób, całkiem sporo bagażu i kilka niewiadomych. Jak w rzeczywistości będzie wyglądał domek? Czy wszyscy się dogadamy? Czy faktycznie będzie nieciekawa pogoda? 

Domek? Był świetny! Znajdował się na górce, na jednym ze szklaków. Widok z okna - nieziemski! W środku wszystko w jasnym drewnie, bardzo ładne i zadbane. Przed domkiem miejsce na grilla i ognisko. Niczego nie brakowało, a właścicielka była przemiła. 

Atmosfera? Dogadaliśmy się, chociaż wcześniej nie wszyscy się znali. Było bardzo wesoło, a gra "Czarne historie" już chyba zawsze będzie mi się kojarzyła właśnie z tą majówką. 

Pogoda? Zdecydowanie lepsza, niż przepowiadały prognozy. Jedynie w piątek było deszczowo, ale nie na tyle, żeby siedzieć cały dzień w domku. 

Zatem jak wyglądały poszczególnie dni? Co udało się nam zobaczyć? I jakie wrażenia ze szlaków? Zapraszam na relację. 


Dzień I 

Po dotarciu na miejsce rozpakowaliśmy bagaże, przebraliśmy się w nieco bardziej sportowe rzeczy i ruszyliśmy na pierwszą wycieczkę. Na rozgrzewkę stwierdziliśmy, że zwiedzimy Wąwóz Homole. Jest to głęboko wcięty wąwóz w Małych Pieninach, którego skalna część ma kształt litery V, a po dnie doliny płynie potok Kamionka. Już na samym wejściu zostałam zauroczona. Skały i woda. Mogłabym tam spędzić cały dzień! Ale zdecydowałam się iść dalej, tzn... grupa zadecydowała. A jak nie chciałam się zgubić, więc szłam za nimi. 

Błoto. Duuużo błota. Pierwszy dzień, więc wiadomo - uważało się, coby za bardzo butów nie pobrudzić. Nie zamoczyć. No bo przecież - jak to tak? Dlatego było śmiesznie. I ciężko. Błoto zdecydowanie nie ułatwia wchodzenia pod górę (schodzenia zresztą też nie). Ale było warto. Już pierwszego dnia były cudowne widoki.









Dzień II 

Na czwartek była zapowiadana najładniejsza pogoda, więc na ten dzień zaplanowaliśmy największą wyprawę, czyli wspięcie się na Sokolicę oraz późniejszy spływ Dunajcem. Wyruszyliśmy ze Szczawnicy. Już na początku okazało się, że podróż należy rozpocząć od przedostania się na drugi brzeg rzeki, na co kilkanaście osób już czekało. Na szczęście przemieszczenie się łodzią (tratwą?) szło w miarę sprawnie. Dostaliśmy się na drugi brzeg Dunajca iii... zaczęło się. Pierwsze schody. Dosłownie. Schody. Nie lubię ich. Masakra! 

Pierwsze podejście i miałam dosyć. Moje uda mówiły stop. Krzyczały stop. Każdy kolejny krok sprawiał ból, ale po jakimś czasie przestałam na to zwracać uwagę. Mięśnie się rozgrzały, a zaczęłam doceniać to, gdzie i z kim jestem. Turyści mijani na szlaku nie pocieszali mówiąc, że dalej nie będzie lepiej. Ale trafili się i tacy, którzy motywowali - już niedaleko, warto. Więc szliśmy dalej. 

Były przerwy. Było wzajemne wspieranie się. Współpraca. Śmiechy. I przeklinanie.

Była natura. My i natura. Nic więcej. Nic innego się nie liczyło. Cała "codzienność" została daleko w tyle. 

W końcu dotarliśmy na szczyt Sokolicy. Miejsca mało, turystów dość sporo, więc nie było czasu żeby na chwilę usiąść i nacieszyć oko widokami. Krótka sesja zdjęciowa, upamiętnienie na fotografii sławnej sosny i idziemy dalej. A dalej? Dalej były kolejne schody. I kolejne. I kolejne. I jeszcze jedne. 😫








Nie pamiętam jakim szlakiem szliśmy, ale widoki były naprawdę przecudowne. Poza szczytem Sokolicy najbardziej utkwiły mi w pamięci trzy miejsca: polana w środku lasu, gdzie można było na spokojnie usiąść, odpocząć i wystawić twarz do słońca; jedno z wzniesień, gdzie ze skałki był cudowny widok na góry oraz ostatnie zejście, wzdłuż strumyka i między skałami. I chyba podczas tego zejścia czułam się najlepiej. Szłam wtedy sama. Całkowicie się wyłączyłam. Słyszałam tylko ten strumyk. 

W końcu zameldowaliśmy się na mecie. A właściwie na kolejnym przystanku, bowiem przed nami miał być spływ Dunajcem. Miał być. Taki był plan. Ale... gdy pojawiliśmy się na miejscu okazało się, że wszystkie łodzie już odpłynęły i nie wiadomo, czy któraś jeszcze się pojawi. Musieliśmy czekać do godziny 17 (czyli przez niemal godzinę!) na wiadomość. A jeśli nie spływ to co? Jak wrócić do samochodów? Znowu przez góry? Spacer wzdłuż Dunajca? Autobus? Nawet rozważane było wynajęcie rowerów... Na szczęście pojawili się jeszcze inni chętni, więc i tratwy przybyły. Na naszych oczach były one montowane i w pewnym momencie zaczęłam obawiać się o swoje życie. 😅

Spływ był absolutnie genialny! Ale znowu: trochę wody, jakaś górka i Asia jest w raju. Poza tym panowie flisacy, którzy kierowali tratwą świetnie opowiadali o okolicy, różne anegdoty, dowcipy... Zdecydowanie znali się na tym, co robili i byli fantastycznym uzupełnieniem całego spływu. I ta perspektywa! Właściwie dopóki z tratwy nie zobaczyłam szczytu Sokolicy to nie byłam świadoma, jak wysoko udało nam się wcześniej wdrapać i ile kilometrów pokonaliśmy. Byłam z nas dumna.

Niby spływ trwał ponad godzinę. Albo dwie. W sumie straciłam rachubę czasu. W każdym razie bardzo szybko minął, ale zdecydowanie było warto go przeżyć. Polecam z całego serducha.






Dzień III

Padało. Niemal cały dzień padało. Nikomu nie spieszyło się do wstawania, a tym bardziej do wychodzenia z domu. Popołudniu zdecydowaliśmy się na spacer wzdłuż jednego ze szlaków, który znajdował się przy naszym domku. Znowu było ślisko. Mokro. I błota nie brakowało. Podobnie jak dzień i dwa dni wcześniej. Tylko teraz błotem nikt się nie przejmował, najważniejsze było pokonanie trasy.

Okazało się, że trasa była krótsza niż się spodziewaliśmy. Może to i dobrze, bo deszcz co jakiś czas padał? I była mgła. Ale za to jakie ładne zdjęcia przez to mogły wyjść! Tylko trochę szkoda aparatu było. Widoki jak zwykle - nieziemskie.




Dzień IV

Pobudka. Śniadanie. Pakowanie. I jedziemy. Ale jeszcze nie do domu - najpierw zdecydowaliśmy się odwiedzić zamki w Czorsztynie i w Niedzicy. Po drodze do Czorsztyna zatrzymaliśmy na poboczu, by popatrzeć z bliska na owieczki. I kozy. I cudowne, niezwykle towarzyskie pieski.

Później był spacer na zamek. A właściwie na to, co pozostało po zamku. Było sporo ludzi, ale też tego się spodziewałam. Nie było jednak zbytniego tłoku i wszystko dało się spokojnie obejrzeć. Razem z dziewczynami rzuciłyśmy pieniążka, także jest szansa, że jeszcze tam wrócimy (może niekoniecznie po to, by straszyć na zamku, ale wrócimy.). Ruiny zamku i jego okolica mogły zrobić wrażenie. Osobiście bardziej zachwycam się przyrodą ożywioną, ale i wyjątkową architekturę potrafię docenić. A zamek w Czorsztynie zdecydowanie swój urok miał.

Drugi zamek znajdował się po drugiej stronie rzeki, zatem znów musieliśmy przepłynąć na drugi brzeg. Tym razem gondolą. Bardzo fajnie zostało zagospodarowane miejsce, w którym oczekiwało się na przypłynięcie gondoli. Było dużo hamaków (niestety były mokre 😔), leżaki, mini plaża, budka z jedzeniem i napojami. A to wszystko z widokiem na rzekę, z dala od zgiełku ulicy.





Na drugi zamek niestety nie udało nam się dostać. Pierwszy wolny wstęp z przewodnikiem był dopiero o godzinie 15, a nasza gondola pływała tylko do 16, więc istniało ogromne ryzyko, że się nie wyrobimy. Za to udaliśmy się na zaporę, skąd były bardzo ładne widoki i okazja do zrobienia kilku  ostatnich zdjęć. Były również stoiska z pamiątkami, także tradycyjnie został zakupiony magnes na kuchenną lodówkę.

Iiii... I to by było na tyle. Wracając zatrzymaliśmy się w pizzeri, gdzie akurat w TV był właczony mecz o brązowy medal w naszej PlusLidze. Świetna pizza i siatkarskie spotkanie idealnie zwieńczyły całą majówkę. Najlepszą majówkę.


Podsumowując? Było świetnie!  Zresztą podczas samego czytania z pewnością dało się to zauważyć - zdecydowanie nadużyłam słów "nieziemsko", "cudownie", "niesamowicie" itd.

Mimo kilku początkowych obaw, moim zdaniem, wszystko wyszło bardzo dobrze i majówkę jak najbardziej mogę uznać za udaną.

Co mi się nie podobało? Serpentyny na drodze. Nie polecam.

Czego żałuję? Że pogoda nie pozwoliła na ognisko i wieczorny spacer. I że tak szybko cały wyjazd dobiegł końca.

Czy polecam miejsce? Tak! Chociaż wiadomo, gusta są różne i każdy może oczekiwać od odpoczynku czegoś innego. Ja wolę spędzać czas wolny w otoczeniu natury np. właśnie nad morzem, w parkach, w górach niż w centrum miasta przy zwiedzaniu kolejnych zabytków. Bardziej wypoczywam gdy mam wokół siebie więcej ciszy, spokoju, zieleni... Jeśli macie podobnie to z pewnością to miejsce Wam się spodoba.

Cóż. To chyba wszystko. Na koniec zdradzę Wam jeszcze przepis na idealną majówkę:

dobre towarzystwo + fajne miejsce,

tyle wystarczy 😊

💗

Pozdrawiam! 

1 komentarz:

  1. Mam bardzo podobnie do Ciebie. Bezapelacyjnie jestem team morze, uwielbiam je, ale jednocześnie zachwycam się górami. Chyba po prostu najbardziej trafia do mnie piękno natury i świetnie, że w Polsce możemy jej doświadczać niemalże pod każdą postacią :) Widać, że wyjazd był udany, przepiękne widoki!

    OdpowiedzUsuń